wtorek, 2 lutego 2016

PROJEKT: ŚWINIA... skarbonka :)

W moim niewielkim dorobku doświadczeń związanych z oszczędzaniem jedną z nielicznych metod, które na mnie podziałały, to systematyczne odkładanie drobnych kwot.
Tutaj niezawodnie sprawdza się świnia skarbonka.


Pomysł jest taki: wrzuca się każde, ale absolutnie KAŻDE 5 ZŁ jakie mamy w portfelu. Brzmi strasznie, ale to wciąga. W pewnym momencie nie odczuwa się tego jako wyrzeczenie i zaciskanie pasa, a bardziej jako swego rodzaju grę czy zabawę. Łapałam się na tym, że przy kasie w sklepie kombinowałam, jaką kwotę dać, żeby kasjerka wydała mi równe 5 zł. Kiedy robiłam komuś zakupy i mogłam dostać „piątkę” to żądałam, żeby to była „piątka” w całości.

Efekt? Tym sposobem udało mi się uzbierać dodatkowe 700 zł na wakacje dwa lata temu. Najlepsze było to, że nie musiałam rezygnować ze swoich przyjemności, których nie potrafiłam sobie odmówić.

Innym pomysłem na świnię jest taki, że wrzucamy na bieżąco co uznamy za stosowne. Nie polecam tej metody jednak początkującym w Projekcie Świnia.  Może zabraknąć silnej woli. Jeśli jednak ktoś już przeszedł szkolenie z „piątkami” to poradzi sobie i tutaj. Ja wrzucam od 2 zł wzwyż. Czasami jest to dyszka, czasami mniej lub więcej – w zależności od tego ile zostaje mi z zakupów.

Choć w ostatnim artykule pisałam o konieczności wyznaczenia sobie celu oszczędzania, tutaj nie mam żadnego określonego. Projekt Świnia traktuję raczej jako szkolenie i eksperyment. Zobaczę co z tego wyjdzie i ile ostatecznie nazbieram.
Świnia ma jednak pewną wadę – kusi, zwłaszcza gdy wrzuca się papierową kasę. O ile z moniakami w nominałach po 2 czy 5 zł raczej nie pójdziemy na szalone zakupy, bo narobilibyśmy sobie wstydu, to już z papierowymi możemy się zerwać z łańcucha.

ALTERNATYWY DLA ŚWINI
Jeśli nie ufacie sobie z przechowywaniem pieniędzy w domu, można wziąć pod uwagę założenie konta bądź to oszczędnościowego, bądź zwykłego. Dobrą opcją są lokaty. Oczywiście to już nie są te czasy, że się zarabiało na tym sporo, ale jest to świetny sposób do tego, żeby odciąć się od swoich oszczędności – tak, żeby nie kusiły.

Kiedy to jest dobry pomysł?
Często w przypadku takich produktów bankowych jest wymagana minimalna kwota. Zwłaszcza dotyczy to lokat. Przeważnie wystarczy 500 złotych, żeby założyć jakąś lokatę. Jednak najpierw trzeba skądś te 500 zł wziąć. Tu odsyłam do Projektu: Świnia. Jeśli na przykład zdarzy się, że dostaniemy jakąś dodatkową kasę, jakieś zlecenie, nagrodę w pracy, sprzedamy niepotrzebną rzecz to to już jest dobry początek do oszczędzania.

Opcje oszczędzania pozaświńskiego:

eKonto z lokatą: Minimalna wpłata wynosi 500 złotych, a więc jest to osiągalne, maksymalnie można tam trzymać 10 000zł. Oprocentowanie wynosi 4%, więc więcej niż na większości lokat. Minusem jest to, że oferta jest skierowana tylko do nowych klientów banku.
Konto Wyższej Jakości:  tu płaci się  0 zł za konto, kartę oraz wszystkie operacje i usługi. Dalej mamy 5 lat gwarancji niezmienności warunków oraz promocyjną lokatę 4% na 2 miesiące do 10 tys. zł.


Konto Wymarzone: To oprocentowane konto oszczędnościowe z zerowymi opłatami miesięcznymi za jego prowadzenie. 

poniedziałek, 1 lutego 2016

8 rzeczy, które przeszkadzają mi w oszczędzaniu



Początkowo chciałam napisać ogólnie o tym, co powoduje, że nie możemy dość do zebrania jakichkolwiek oszczędności. Jednak kiedy zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać, doszłam do wniosku, że przyczyn jest wiele i są różne.


Oto najważniejsze 8 rzeczy, które przeszkadzają w oszczędzaniu:

1.       Dyskontowanie hiperboliczne
Kojarzycie ten eksperyment, w którym dziecko siedzi samo w pokoju i dostaje cukierek z zastrzeżeniem, że jeśli nie zje teraz tego cukierka, to za pół godziny dostanie ich więcej?
W większości przypadków dziecko sięgnęło po smakołyk od razu bądź po dłuższej chwili wahania. Wniosek z tego eksperymentu jest jednoznaczny: wolimy natychmiastową przyjemność. Człowiek z natury jest niecierpliwy i lubi się nagradzać. Nie za miesiąc i nie za rok.
Udowodniono, że taki stosunek wyraźnie przekłada się na poziom naszych oszczędności. Takie mamy podejście zresztą nie tylko do finansów. To zjawisko dorobiło się nawet własnej nazwy: dyskontowanie hiperboliczne.

2.       Brak celu
Ze swoich doświadczeń wiem, że jeśli coś nie jest mi bardzo potrzebne, to ciężko mi zebrać motywację, żeby wziąć się za oszczędzanie. Tak to już jest. Tak więc na drodze do  oszczędności trzeba wyznaczyć sobie cel, na który zbieramy kasę. To może być wycieczka, wakacje, nowy samochód, jakiś mega drogi zabieg u kosmetyczki albo artystyczny tatuaż na połowie ciała. Grunt, to znaleźć cel.

3.       Dopada nas leniuszek – śmierdziuszek
Czyli ta sama historia co z odchudzaniem: „dieta od jutra, ale dzisiaj jeszcze wyjem smakołyki z lodówki”. Nie mam kasy, pomyślę o tym w przyszłym miesiącu, a w ogóle jak teraz zacznę oszczędzać, to nie kupię sobie tej nowej książki/gry/filmu najlepiej razy kilka.
Tak samo jak w odchudzaniu należy przestać odkładać rzeczy na później. Chcesz schudnąć – przestań jeść od teraz. Chcesz zaoszczędzić? – Przestań wydawać natychmiast. Wszystko pięknie – łatwo powiedzieć, trudniej się za to zabrać.

4.       Pieniądze zaklęte w plastiku
Zauważyłam, że wbrew temu co mówią wszystkie poradniki na temat oszczędzania, u mnie najwięcej wydatków idzie tych opłacanych z karty. Niby łatwiej je później podliczyć, bo sprawdzimy sobie na koncie internetowym. Ale co z tego? Ja, żeby zacisnąć pasa muszę WIDZIEĆ pieniądze. Muszę mieć namacalny dowód ile tego zostało. Wtedy łatwiej mi zdecydować na co je przeznaczę i z czego mogę zrezygnować.

5.       Brak kontroli nad wydatkami
Czyli wydawanie pieniędzy bez zastanowienia, pod wpływem chwili. Na drobiazgi. Tu kłania się tzw. efekt kawy na mieście. Codzienny zakup kawy na mieście to jakieś 10-15 zł. Gdyby z tego zrezygnować, to nazbierałoby się… i tak dalej. Trzeba zacząć dosłownie oglądać każdą złotówkę.  

6.       Nie płacę najpierw sobie
Ta zasada została wykopana w Internecie i bardzo żałuję, że nie umiem się do niej stosować. Bo według mnie to mogłoby być remedium na całe zło. Właściwie gdyby tak każdy działał, nie byłoby o czym pisać i palców sobie strzępić.
Tą piękną zasadę zamierzam wprowadzić u siebie: płacić najpierw sobie (o tym w którymś z kolejnych postów, bo sprawa okazuje się nie taka prosta)

7.       Im więcej zarabiam, tym więcej wydaję…
To też mądrość znaleziona w Internecie. Okej – coś w tym jest. Rzeczywiście jak masz więcej kasy, to więcej tracisz. Ale czy czasami nie jest tak (choć pewnie nie zawsze), że skoro mam więcej kasy, to więcej pracuję. Tak więc chcę sobie jakoś to wynagrodzić. „Nie po to tyle tyram, żeby sobie odmawiać” itp. Albo inna sytuacja – więcej zarabiam, więc czemu mam sobie odmówić zakupu droższego sprzętu do kuchni? Ten robot właściwie wszystko sam robi, więc to ostatecznie też oszczędność… czasu!

1.       Moje konto zbyt wiele kosztuje…
Hmmm – coś w tym jest. Oczywiście słyszałam to milion razy, ale tak się złożyło, że akurat ostatnio zauważyłam u siebie kilkanaście złotych ściągniętych z konta za jego prowadzenie, za usługę w Internecie, za procent z debetu i nie wiadomo co jeszcze. To też jest rzecz, którą będę musiała wziąć pod lupę. Może zamknąć je i poszukać czegoś tańszego?



Nie wiem ile z tych złotych rad uda mi się wprowadzić w życie. Na pewno pomyślę o tym, żeby zacząć płacić najpierw sobie. Z oglądaniem każdej złotówki – to też dobry pomysł.